Logowanie



Motki

< Lut 2017 >
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Statystyki


Wizyt dzisiaj:3
Wizyt wczoraj:2
Wizyt w tym miesiącu:79
Wizyty SUMA:5480
Wyświetleń dzisiaj:28
Wyświetleń SUMA:785895

Ostatnio zamotane

VI Siedem grzechów głównych

Był styczeń tak pospolity, jak lubię. Noce obijały się o ściany blokowisk, a my razem z nimi. Miasto jeszcze nie drzemało, nawet nie poddało się któremukolwiek z siedmiu grzechów głównych, podczas gdy ja już byłam przy trzecim. Snułam się po tym przeklętym osiedlu za jego cieniem i ciągle zastanawiałam się, dlaczego to robię. Zmrok przed świtem, świt przed zmrokiem. Co tak natarczywie zmuszało mnie, by być blisko; zmierzyć się z drżeniem miasta, oddechem zadymionych pubów. Lazłam za nim, jak ćma do ognia i płonęłam tym żywym ogniem. Tak mi było dobrze.


Długo i skutecznie znajdowaliśmy siebie, odbijając od ścian, krzeseł, balustrad i podestów. Nikt nie domyśliłby się, że w tak małym mieście, na osiedlu z tektury, może być tak wiele miejsc, by zejść jeszcze niżej i nikt nie zgadłby też, że razem zbliżamy się do jakiejś dziwnej przepaści. Oddalanie się od rzeczywistości nie miało końca i dopiero gdzieś w okolicy szóstego grzechu ziemia zadrżała. Tym razem to ty spojrzałeś na mnie gniewnie, bo ten grzech zwykle należał do mnie, i dzikość zaiskrzyła w źrenicach. Już kiedyś ją tam widziałam, ale wtedy wszystkie poparzenia okazały się tylko powierzchowne.


- Jak mogłaś mi to zrobić?!


Nagle całe życie wyświetliło się na jednej z przyległych do lodowego ogrodu ścian. Kwiaty wiśni spadały na moje ramiona i tak nieziemsko zapachniał ten styczeń. Niebo nade mną nabrało lazuru, zamigotało, a potem z przerażająco cichym hukiem rozbiło się o ziemię. Nie zauważyłeś moich wpatrzonych w dal źrenic, które nagle zapragnęły doszukiwać się w mroku jakiegoś światełka. Wszystko, co mogło rozjarzyć tę noc, było dobrym znakiem.


- Dlaczego to zrobiłaś?!


Wyrwało mnie z przygotowań do podróży. Zdobyłam się na odwagę.


- Co zrobiłam?


Należało chyba tak zapytać, bo nikt nie starał się podsunąć mi innej kwestii. Spojrzał tylko, jakby nic nie znaczyło dla niego moje pomieszanie i z całej siły dał mi w twarz.


Przez chwilę byłam wściekła, że strącił mi z ramion wszystkie płatki kwiatu wiśni, ale złość szybko minęła. Przecież uchroniłam go od ósmego grzechu. O to, że owy peccatum nie został przewidziany przez uczonych w piśmie nie mogłam go obwiniać, ale od tego jednego mogłam go ocalić. Ognie piekielne nie są ponoć tak przyjemne, jak żar, który płonie zwykle w trzewiach.


Zostałam sama w zadymionym pomieszczeniu, które tylko zdawało się być pomieszczeniem i tylko ja wymyśliłam sobie, że jest tam morze dymu i o dziwo echem nie odbijał się wymierzony policzek, lecz tryumf. Krok za krokiem oddalałam się od pola chwały i doskonale wiedziałam, że będzie dobrze, a poświęcenie prędzej czy później zostanie zauważone. Skąd mogłam wtedy wiedzieć, jak wiele wody w rzece upłynie i jak bardzo zostanie ona zanieczyszczona. Liczyła się tylko rozmazana na zmarzniętej i obolałej twarzy victoria i ten słodki styczeń.


Ósmy grzech główny, tak jak ósmy dzień tygodnia, nigdy nie nadszedł, choć jeszcze wiele razy był blisko. Pozostałe siedem grzechów pozwoliłam nosić nam obojgu. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto może nas od nich zbawić.

 

V Gra w klasy

Most oświetlony milionem rozpędzonych świetlików, z których każdy ma okazję skończyć w rzece. Nie chcę patrzeć na to kolejny raz. Wiele aktów wpiło się w te balustrady i zdecydowanie kłódki są tu zbędne. Nie patrzę przed siebie, aby nie być zobligowana właśnie w tym miejscu wieszać to żelastwo. Patrzę na rzekę, patrzę w przyszłość. Dejá vu. Sonata księżycowa ciąży na niebie, powoli stawia palce w kolejnej z baletowych figur. Zagraj mi. Zagraj dla mnie.

- Lubię cię.

- Lubię ciebie.

Kropla drąży kamień. Chyba to piaskowiec. Szybko przepuszcza ciecz przez drobinki księżycowego pyłu. Mogłabym zginąć w tej rzece jak Maga. Mogłabym się z niej uratować tak jak ona. Mogłabym chodzić po obcym mieście, udawać że to Paryż i udawać też, że nie chodzę za tobą. Przecież to kłamstwo. Przecież cała gra w klasy to tylko żart. Mogę rzucić kamień przed siebie, rzucić go nad rzekę, to nie daleko, i udawać. Nie jest ta sama. Moja rzeka, twoja rzeka, jego rzeka, to inna rzeka, a jednak wciąż wypływa z tego samego źródła. Jesteśmy tak mocno związani z tą balustradą i tą Clair de lune, że aż boli mnie fakt, że znowu nie jestem tu bez potrzeby i w potrzebie.

Smakuję most i noc i świetliki. Rozkoszuję się kolejnym wyzwaniem, próbuję nowej intrygi, spijam niechęć z ust i tak bardzo pragnę tej cierpkości. Możesz mówić do mnie Maga, a ja będę tłumaczyć sobie, że ratować świat to wcale nie jest zajęcie na życie. Będę stawała twardo na obu nogach, opierała się nieznacznie o filary tego świata. Dmuchnę raz, będzie noc, dmuchnę drugi, czas straci swoją moc.

Oplatam szyję dłońmi. Nie wypuszczę cię z rąk póki nie poczuję dreszczyka emocji. Przecież to o to chodzi, by żyć wyłącznie dla przeżyć. Jutro zaproszę nad rzekę innego. Tę czy tamtą. Rzeki zawsze są częścią poezji. Łatwo dają się uwodzić i szybko zalewają każdą wyspę pamięci. Nie każę ci wchodzić w moje życie. Muszę najpierw posmakować ciebie, dokładnie sprawdzić, czy nie wywołasz młodości lub też za bardzo nie uzależnię się od tego aromatu. Idę przed siebie, a przywiązać się do jakiejś przyprawy, to jak zapuścić korzenie i oddawać je po trochu przechodniom. Nie jest tu stanowczo potrzebne takie zamieszanie.

Wróćmy do ciebie. Wpijam się, oplatam. Zapisuję sobie kształty, które ci nadałam. Niespodziewane drapie mnie w gardle, smak zakleszcza się nad krtanią.

- Nie…

Chrypię, nie zdając sobie sprawy z tego, że mój głos zapada w noc. Zdumiony przerywasz kolejny z rytuałów.

- Nie…?

- Tak!

Udaje mi się niemal wykrzyczeć i dalej wpijam się już nie dłońmi w balustradę, ale palcami w twoje gardło. Muszę ugasić to pragnienie, którego nie ostudziło najciemniejsze wino, najzimniejsza woda rozpościerająca się opodal. To nie tak miało być. Tu miała toczyć się starodawna i tradycyjna gra w klasy, którą zawsze wygrywa zwinniejszy i długo obnosi się z tryumfem. Może dziś warto przegrać, tylko czy to oby nie wywoła na drugiej półkuli tsunami?! Sprawdzę to… potem!

 

IV Cząstki elementarne

Szumi szumi wiatr, siarka uderza do głowy. Drogie wino, dobre wino wpada jednym uchem i wylewa się drugim. Pali mnie w gardle jeden łyk, drugi. Wszystko da się tak przeliczyć. Przeżycie gwarantowane zwłaszcza, jeśli powiązać je z dniem. Musiałam przeskoczyć o kilka nut, żeby znów zanurzyć się w tym, co było kiedyś. Potem nagle, gdzieś jeszcze na gościńcu, zdaję sobie sprawę, że obrazek wcale nie należy do kalendarza. Przecież mówiłam:

Najpiękniejsze dni

Nie mają dat

A godziny

Nie należą do doby

 

Gdzieś pomiędzy

Aktorami śnieżnego teatru

Jesteśmy bezimienni

Bo miłość nie musi być nazwana

 

Nie ważny czas i miejsce

Gdzie i kiedy nic nie warte-

Raj powstaje w oku patrzącego

 

- Chodźmy przed siebie.

Mówię zupełnie przekonana słuszności podstawowych praw istnienia cząstek elementarnych.

- Chodźmy do mnie.

Uważaj, kogo zaczepiasz. Niby to takie oczywiste, ale warto choć przez chwilę drwić z siebie.

- Chodźmy na wino.

Czas już, bym spiła je z twoich ust, jeśli tego pragniesz. Nie bać się tej nocy, to jakby zapomnieć o jej istocie. Ciemność ma być płaszczem, którego głównym zadaniem jest przysłonięcie wszystkich niecnych spraw. Nie pokażę ci moich, chcę o nich zapomnieć. Czy ja pragnę może pytasz? A może zupełnie nie o to chodzi w tym iskrzeniu, które zdaje się nie mieć źródła. Bo przecież słuch muzyczny nie wystarczy. Powinien być absolutny. Umysł geniusza też niczego mi nie da; nie wyściełam nim sobie posłania. Mogę dać ci siebie, ale nie otrzymasz mnie. Tymczasem.

Srebrne ostrze błyska się w mojej dłoni, usta szczypie przyjemny aromat, naczynia krwionośne rozszerzają się, mechanizm przyśpiesza, gna neurony. Słyszę ten tupot. Już nie pierwszy raz biorę udział w corridzie. Chowam płynne złoto za karciany wachlarz. Full, kareta, para, punkt. Ocieram się o to iskrzenie i próbuję spłonąć. Adamie, stoisz przede mną, a mnie nie pali nawet naskórek. Może wino było za słabe, może za duży mróz, może gdzieś tam przemieszcza się teraz albo stoi w miejscu inny płomień.

Jeszcze uda mi się wrócić. Śnieg nabiera rdzawego koloru, kiedy stawiam na nim stopy. Mój pierwszy i ostatni lot na genialnych skrzydłach nie zakończył się upadkiem. Nawet nie udało mi się wzbić. Niespodziewanie drugi raz tej samej nocy muszę chować swoje niecne sprawy. Czy to już nigdy się nie skończy?!

- Może napijemy się wina?

Och, znowu?! Błagam, tylko zawieź mnie w bezpieczne miejsce. Tak. Kładziesz moje myśli na dywanie, owijasz kocem, błyskasz ostrzem, podajesz mój własny kieliszek i iskrzysz. W tej poświacie mogłabym nawet dać siebie razem ze mną, ale… nie masz słuchu i do geniuszu też ci tak niewyobrażalnie daleko. Druga butelka w ciągu jednej nocy odbija zaplątane w przestrzeni fotony i rozpędza je jeszcze bardziej.

Nie płonę. Nich to szlag! Nie płonę! Nie palą mi się nawet końcówki rzęs! Daj mi coś mocniejszego; daj koniak, daj szkocką, oblej mnie benzyną i sam podpal! Ustaw na zbiegu dróg, po których gnają cząstki elementarne i … i uwiedź mnie. Nie. Zostawiasz na dywanie odciski stóp i ostrze w moim ręku tylko po to, by ta noc wracała zawsze wtedy, gdy przeglądać się będę w metalowej tafli bez potrzeby albo otwierać kolejną butelkę.

Długo siłowałam się z zamknięciem, a kiedy udało mi się dostać w końcu do płynu, nie odczułam spokoju. Klątwa wciąż wisi nad głową. Nienasycenie.

 

III Mechanizm serca

Zamek, w którym przekręcany jest klucz, zgrzyta szyderczo. Dźwięk mości się w moich uszach, miesza z poszumem gotującej się wody, stukaniem gałęzi uschłej sosny o szyby, szelestem twojej skóry. Mijają ułamki sekund, myśli rozpędzają się do niewyobrażalnych prędkości, choć dotąd na moment nawet nie zwalniały. Zapach dostaje się pod bawełniany kokon, z którego trudno mi się wydostać. Historia o kawie, cień przechylonej wieży, opowiadanie o spotkaniu, kamień w zakolu, opis podróży, klekot bocianów, dzwonek. Wstaję.

- Jak ci minął dzień?

- Spałam.

- Znowu będziesz męczyła się w nocy.

Nie będę. Nie mam czasu. Życie obliczone zostało na ilość uderzeń serca. Jestem kolibrem. Tik – tak, tik – tak, a potem tik-tik-tak-tak. Coś się załamuje, bateria ulega zupełnemu wyczerpaniu. Ładuję swoje akumulatory w dzień, rozkładam każdą komórkę mechanizmu na wybrudzonym prześcieradle i wytrwale czyszczę, smaruję, przecieram, doprowadzam do porządku, składam w całość i wprawiam w ruch.

Oplatasz się o mnie. Jestem drzwiami do tajemniczego ogrodu. Próbujesz wniknąć między okucia i rozsadzić ostatnią przeszkodę, która stoi na drodze do spełnienia. Moje tak, moje nie, moje chodź, moje źle. Herbata oddaje ciepło, okna pokrywa para. Nie rozumiem, dlaczego tego nie widzisz. Skupiony na schwytanej zwierzynie łowca traci czujność. Dłonie jeszcze mocniej splatają się z kolorem skóry. Chwytam sekator i sprawnym ruchem odcinam się.

- Mam dużo pracy.

Udało się. Świat rzeczywisty trwa przed źrenicami wspierany wadliwym mechanizmem tik-taków. Grudy zmarzniętej ziemi zawsze zastępują łakę, i rzekę, i słońce. Śnieżnica przypomina o porach i ponagleniach. Konieczność przycinania bluszczu i naprawiania mechanizmu wspiera czasowniki. Nawet kanciaste nazwy rzeczy nie napawają takim lękiem, ani też niepodzielne zaimki nie wprowadzają w błąd. Wyliczam: ja, ty, on, ona, znowu on, deszcz, karuzela, droga.

Wyciągam dłoń, by sięgnąć po nietkniętą herbatę i burzy się przede mną ten wymyślony świat. Koniec razem. Minuta za minutą wlecze kolejną godzinę zatapiania się w to, czego nie ma lub to co wydaje się nie istnieć. Prawdziwe szaleństwo informacji trwa w nieskończoność, po której nagle urywa się.

Teraz ja jestem bluszczem. Oplatam cię całą sobą i zrzucam na ciebie ten świat sprzed źrenic, przed którym bezustannie uciekam. Mechanizm zwalnia, ciemność wyostrza się, słuch krąży jak oszalały nad nami i próbuje przebić się przez bawełniany kokon. Teraz daj mi siebie. Teraz, kiedy zostało tylko to, co we mnie, mogę i ja oddać siebie.

II Jezioro osobliwości

Obiecuję, że nie będę krzyczała i drę się jak oszalała. Śpiewaj! Błagam śpiewaj! Chcę uciec przed sobą. Nie mogę znieść już tych w tę i z powrotem. To tu, to tam, wszyscy razem i każdy osobno odzywa się w pojedynczym ruchu mięśnia gładkiego. Drgam przez moment. Trzymam się jeszcze ostatkiem sił, a może ostatkiem sił jeszcze biegnę i już. Do krwi okrył mnie szelest bawełny i znowu mam tajemnicę.

Rzeka nie zmieniła się wiele. Wciąż przepływa tym samym korytem, nadal na zakolu skrywa się potężny głaz. Niepoliczalne bociany bez przerwy krążą nad moim gniazdem. Jest wzgórze, są połacie pól i lasów. Ciągle widać stare miasto. To nie ty śpiewasz, teraz śpiewam ja. Na jednej nucie i jednym ciągiem wszystko, co tylko zdołam sobie przypomnieć. Warstwa kurzu pokrywa moją twarz, bo tupię nieustannie. Chcę rozpocząć trzęsienie i zbudzić go, postawić przed sobą i nakazać spowiedź.

- Co masz mi do powiedzenia?

- Dlaczego ciągle jesteś?

- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie!

- Ty jesteś moim pytaniem. Moją zagadką. Ilekroć próbowałem cię rozwiązać, jeszcze bardziej dawałem się wciągnąć w tę tajemnicę. Zrozum, nie mogłem dłużej w to grać. Uciekłem przed Tobą na koniec świata, a ty ciągle depczesz mi po piętach i jeszcze bardziej zasłaniasz światło. Pokryłaś sobą najpierw szkła, potem soczewki, aż w końcu wniknęłaś bez reszty we mnie i teraz przewodzisz każdy impuls i decydujesz o jego przeznaczeniu. Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?!

- Ja?! Przecież to ty stworzyłeś ten świat. Namalowałeś rzekę, dodałeś niebo i ziemię i uczyniłeś mnie panią tej krainy. Nie pamiętasz? Nie pamiętasz, jak obniżałeś tonację moich melodii?

Zawiesiłam głos. Wieża ciśnień niebezpiecznie przechyliła się na naszą stronę. Czy to jego sprawka? Czy to on próbował zetrzeć mnie w pył. To prawda; czasami nie wiem, co robię. Niby wszystko idzie zwykłą koleją losu i w najmniej spodziewanym momencie załamuje się. Wyszarpuję rękę i biegnę przed siebie. Nie pamiętam wtedy o tym, by nie stawać nóg na brzegi płyt chodnikowych. Wsiadam do windy i jadę, jadę, jadę w dół i jeszcze niżej. Kładę się na ławce, idę za szosę i oglądam gwiazdy. Boję się stanąć za granicą światła, choć stamtąd o wiele dokładniej widać spadające meteory. Nie chcę całą sobą wejść w ciemność. Mogę się z niej już nie wydostać. Wolałabym jego upchać w tę osobliwość.

- Przecież wiesz, że nie potrafię śpiewać.

Znajduje się w moich myślach i zrywa je.

- Czyżbym tak bardzo się pomyliła?

- Ty nie byłaś pomyłką ani nawet stratą czasu, ale teraz chcę być sam.

Stoję w cieniu. Bociany przestały krążyć nad gniazdem, rzeka nie toczy dalej wody. Przebiega mnie dreszcz. Widocznie nie jestem dość czelnie okryta. Nie patrzę w oczy. Nie mam nic do ukrycia, ale nie mogę się przyzwyczajać do tego, że jest. Jakiś szelest, delikatnie odwracam wzrok w poszukiwaniu dźwięku, ale szybko odnajduję się.

- Nie trzymam cię!

- Mylisz się. Jestem tutaj, bo mnie tu ściągnęłaś i później też będę. Ile razy stajesz na tym przeklętym peronie, ja siadam znów na końcu torów i spodziewam się, że tym razem uda się to, o czym marzę. Nie wysiadaj na przedostatniej stacji. Nie zostawiaj mnie znowu w oczekiwaniu na kolejne wezwanie i kolejną próbę.

Deszcz drobnego pyłu spada tuż obok mego ucha, zaraz obok jego ramion. Nie mamy już czasu, aby jeszcze raz spojrzeć sobie w oczy. Złoto nie kotłuje się i nie wrze, jezioro osobliwości nie przelewa się za tęczówkę. Nie dzieje się zupełnie nic, tylko dreszcz oplata moją szyję. Szelest bawełny staje się niepokojąco głośny i póki nie drgnę, próbuję jeszcze utrzymać tajemnicę.

- Jestem.

Rytuał dopełnia się na pokrytym resztkami kurzu czole.

I Wielki Wybuch

To się zawsze zdarza zupełnie przypadkowo. Kiedy sama szykuję się, aby snuć historię, ona nigdy nie daje się zamotać. Mogę próbować w nieskończoność i zmuszać się ze wszystkich sił, intensywnie przywoływać jakiś fragment rzeczywistości i rozbierać go na części pierwsze. Wszystkie prawa fizyki potrzebne, aby stworzyć chwilę, stają się bezużyteczne. Zupełnie, jakby nie minęła jeszcze minuta od Wielkiego Wybuchu.

I plącze się między obrazami, dopóki nie usłyszę uciążliwego dzwonka. Wstajesz, zaczynasz grać na talerzach i garnkach, tupać, szurać przesuwanymi drzwiami i trzeć butelkę o butelkę. Łapie mnie wtedy za rękę, kiedy stoję na skrzyżowaniu albo ja łapię jego i prowadzi mnie lub ja jego gdzieś przed siebie.

- Masz czas?

- W zasadzie to nie. Jadę na koncert.

Jest muzykiem. Znanym. Słyszę o nim to tu, to tam i wiem wszystko, by nie wiedzieć zupełnie nic. Prowadzi mnie na jakiś skrawek pozbawiony czasoprzestrzeni, chociaż sam nie ma czasu ani miejsca dla mnie. Czuje to. Widzę tylko fragment profilu jego twarzy i nic innego mnie nie obchodzi. Znowu jest obok. Znowu kładzie moją głowę na swoim ramieniu i gładzi mnie po niej. Uporczywie chcę się odwrócić w jego stronę. Słońce razi mnie nieprzytomnie.

- Twoje oczy są jak czyste złoto – słyszę słabo pośród szurania i tupania.

Nie mogę odpowiedzieć, że wiem o tym. Bursztyn przelewa mi się gdzieś między powiekami kłuty promieniami gwiazdy. Ból zaostrza ten kolor, wydobywa z niego najmniej wyraźną plamkę.

- Podobno czarne punkty na tęczówkach pojawiają się zawsze jako pamiątka po cierpieniu. Ty ich nie masz…

- Maleńka!

I znowu nie daje mi się wyplątać z siebie, jakby całe zło świata chciał zagłaskać za śmierć. Nuci pod nosem jedną ze swoich kołysanek. Historię zbitego kubka znam na pamięć. Nie mogę go objąć, nie pozwala mi wykonać żadnego ruchu. Zawsze, gdy jesteśmy razem, on stara się ukryć mnie przed całym światem lub cały świat przede mną. Nie wiem, przed czym tak zawzięcie broni naszych chwil zawsze, gdy moja głowa wbija się bezlitośnie w jego ramię.

- Od dawna chciałam cię o to zapytać – przerywam i tak już za długie milczenie. – Nie jestem jedyna, prawda?

Profil zmienia się, powoli rozmywa w czasoprzestrzeni. Jakby nigdy nie było jego, jakby koncert życzeń dotyczył tylko mnie. Słońce opiera się o moją skórę, wgniata mnie w to, na czym wydaje mi się, że siedzę. Szuranie, trzaskanie, dzwonienie. Próbuję jeszcze złapać cię za rękę, ale ty spieszysz się na próbę. Nie chcesz niczego tłumaczyć. Wypowiedziałam to, o czym oboje od dawna wiedzieliśmy i stało się ono realne w tym odrealnionym świecie. Już nie trzymam cię, słońce całkiem wbiło mi się w tęczówki i wypala kolejną plamkę.

- Będę wieczorem – zmienia się głos. Ktoś pochyla się nade mną, dokonuje rytuału i zamyka drzwi od zewnątrz. Niewdzięczna łapię ostatnie promienie palącego słońca, aby chociaż ono zostało blisko. Czuć ból, to czuć ciebie. Jeśli zniknie pasja, to jakbyś znikł i ty…